Matryks

czwartek, 2 lipiec 2009

Świat do góry nogami - Teoria Wewnętrznego Modelu Wszechświata

Przemierzając bezkresne przestrzenie internetu napotkałem osobliwą teorię na temat struktury naszego wszechświata, postanowiłem podzielić się wiedzą na Naszymi Czytelnikami.

Ziemia i Słońce na tle gwiazd krążące w jej wnętrzu

Teorię Wewnętrznego Modelu Wszechświata głosi Niemiec Rolf Keppler - potomek sławnego Jana Keplera, a teoria bazuje częściowo na jego pracach jak i pracach wielkich autorytetów świata nauki.
W przeciwieństwie do kopernikowskiego modelu wszechświata istnieje wiele dowodów na to, że żyjemy wewnątrz ziemskiej galaktyki. Teoria wewnętrznego kosmosu nie istnieje od niedawna, lecz była powszechnie znana już w starożytnym kulturom.

Wewnętrzny model wszechświata jest sam w sobie jedną wielką harmonią wszelkich procesów występujących w naturze. Najzabawniejszy w tym wszystkim jest fakt, że świat nasz zbudowany jest tak, że prawa fizyki obowiązują w obydwu przypadkach jednakowo, co niestety czyni model matematyczny Kopernika za podstawę wszelkich nauk o budowie wszechświata, gdyż on był „pierwszy”. Wszystkie niedociągnięcia i niedokładności modelu heliocentrycznego są sprytnie tuszowane teoriami uzupełniającymi, a resztę się po prostu przemilcza.

W przypadku wewnętrznego kosmosu odwraca się wszystko i zamyka w kuli, gdzie proporcje są odpowiednio mniejsze a w drugim przechodzą do dymensji tak niewyobrażalnych, że owe mierzone są w miliardach lat świetlnych.
Dawno zaobserwowany i potwierdzony przez naukę fakt, że czym bardziej oddalamy się od Ziemi tym prędkość statków kosmicznych maleje, nauka ta nie jest w stanie tego fenomenu jasno wyjaśnić. Prędkości światła w kosmosie do tej pory nikt nie potrafił, lub nie chciał zmierzyć, co wiele spraw by w końcu wyjaśniło.
Największym błędem popełnianym przez naukę jest przekonanie, że prędkość fali elektromagnetycznej w próżni i wynikająca z tego stała fizyczna wynosi c=299792458 m/s. Zagłębianie się w istotę teorii względności nie rozwiązuje tej kwestii, wprost gmatwa sprawę i oddala od zasadniczego tematu.
By nie być źle zrozumianym dodam, że dzisiejsza nauka nie odrzuca tej możliwości.
Ewentualna zmienność prędkości światła może mieć niebagatelne znaczenie kosmologiczne, świadczyć może o takiej lub innej topologii Wszechświata, o takim lub innym kierunku jego rozwoju. Może mieć tez kluczowe znaczenie filozoficzne.

Nasi potomkowie będą na nasza naukę patrzeć z politowaniem, tak jak my to obecnie czynimy z nauka średniowiecza, a nauka średniowiecza czyniła to z naukami starożytnymi. A może już wkrótce ludzie przekonają się, że ziemia jest owszem kulą, ale my jesteśmy w jej środku! Inne planety też są w środku puste i nie jest wykluczone, że właśnie w ich środkach istnieje życie, a nawet inne cywilizacje. To by również tłumaczyło fakt, dlaczego do tej pory nie znaleziono żadnych form życia na innych planetach. Po prostu życia trzeba szukać w środku planet, a nie na zewnątrz.
Jako ciekawostkę przytaczam fakt zbadany przez NASA, że Księżyc jest w środku pusty. Nie wykluczone, że Ziemia też jest częścią innej galaktyki i krąży sobie w jej środku a zewnętrzna powierzchnia jej jest jałowa i pokryta olbrzymimi kraterami, tak jak wszystkie inne planety które do tej pory „zbadano”.
Tak prawdopodobnie jest to wszystko zbudowane: ziemia wraz z jej jądrem krąży w środku innej planety, ta planeta znowu w środku innej i tak w nieskończoność.
To co odbieramy jako gwiazdy, jest centrum (jądro galaktyki) naszego układu ziemskiego, które bierzemy za niebo gwieździste. W sumie widzimy przez jego centrum jakieś światło, a może nawet tylko światło słoneczne, które się przez nie przebija lub odbija.

Ziemia - dwie półkule...

Takie sławy jak Isaac Newton i Leonhard Euler przez całe swe życie preferowali teorie pustej ziemi. Pomiary wykonane już ponad 100 lat temu całkowicie potwierdzają tą teorie, lecz nauka nie przyjmuje tych faktów do wiadomości, a wręcz nie dopuszcza takiej myśli do siebie. A wystarczyło by zbudować odpowiednio mocny teleskop z filtrami podczerwieni, aby móc zobaczyć z Polski np. Londyn lub Moskwę, i to stojąc na ziemi, a nie na szczycie najwyższej wieży lub góry! Ale ten fakt był by z pewnością tylko kolejnym wyzwaniem dla naukowców, którzy za wszelką cenę starali by się udowodnić, że to jest kolejny fenomen spowodowany odzwierciedleniem atmosfery, aby bronić swojej religii zwanej nauką i jej przykazań.

Ciekawy jest także pewien fenomen... dlaczego lecąc samolotem na wysokości 7 kilometrów, gdzie z tej wysokości widoczność nie powinna przekraczać 296 km, testy przy pomocy kamer na podczerwień wykazały widoczność wynosi 532,9 km, pomimo, że kąt widzenia z tej wysokości absolutnie uniemożliwia widzenie tak wielkich połaci lądu!
Kąt widzenia z tej wysokości jest prawie dwukrotnie większy od tej co wykażą nam obliczenia matematyczne i mówi logika. Jest to jeden z dowodów na to, że żyjemy w środku kuli ziemskiej, gdyż taką widoczność ma się z tej wysokości, ale tylko w środku kuli.

Już samo tłumaczenie zjawiska fatamorgany powinno dać wielu ludziom powód do zastanowienia się. Niektóre obserwacje wskazują, iż w Strasburgu widziano port w Konstantynopolu z tak niesamowitą precyzją w odwzorowaniu detali jakby to było odbicie lustrzane domu sąsiada.
Jak to możliwe aby z odległości 1866 km móc dokładnie widzieć przecież podobno pomiędzy obserwatorem a portem jest kula ziemska...
Obserwując statki na morzu uważnym obserwatorom z pewnością nie uszło uwadze, że nadpływające statki widzimy tak, jakby najpierw kominy ich wynurzały się z głębi, co udowadniało by wypukłość Ziemi i heliocentryczny model wszechświata. Nic innego jak zwykle złudzenie optyczne, spowodowane odbiciem i załamaniem eliptycznym światła w kierunku jądra Ziemi.

W 1897 roku w USA profesor Morrow zbudował konstrukcje służącą do pomiaru wypukłości oceanu. Wyniki były zdumiewające: Na długości zaledwie 3,8 km ocean znajdował się 1,22 m powyżej punktu pomiarowego! A więc ocean jest wklęsły jak miska do lodów... Pomiary były powtarzane wielokrotnie, wzięto także pod uwagę wielkości pływów.
Udowodniono również to, że światło załamuje się eliptycznie w górę, co powoduje złudzenie wypukłej Ziemi. Kiedy odległość do statku jest odpowiednio duża odnosimy wrażenie, że on wynurza się z morza a nie przypływa z góry, gdyż przy eliptycznym przebiegu światła widoczność naszego wzroku ogranicza się do widzenia tylko górnych partii statków, gdzie dolne są poza zasięgiem naszego wzroku.
Zjawisko to można wyliczyć przy pomocy wzoru na załamanie światła, przy uwzględnieniu wewnętrznej wklęsłości kuli na danej odległości od punktu odniesienia. Czy ktoś z was zastanawiał kiedyś się nad tym, że stojąc na brzegu morza odnosimy wrażenie, że tafla morza znajdującej się o wiele wyżej od linii brzegowej? Jeżeli nie, to polecam zwrócenie na to szczególnej uwagi można to zaobserwować także na lądzie.

Wzór na załamanie światła, pomagający w udowodnieniu tej teorii:

b1 = łuk (polowa okręgu) = 5000 m
b2 = okręg = 10000 m
r = promień kuli ziemskiej = 6371000 m
dh = różnica wysokości, którą teodolit powinien wskazywać, w przypadku gdyby strumień światła byłby absolutnie prosty.

X1 = (r/cos(b1/r)) - r
X2 = (r/cos(b2/r)) - r
dh = X2 - X1


Przykład:

X1 = (6371000 / cos (5000 / 637 1000 )) - 6371000 = 1,962016 m
X2 = (6371000 / cos (10000/6371000)) - 6371000 = 7,848070 m
dh = 7,848070 - 1,962016
dh = 5,886054 m

Jak widać strumień światła załamuje się eliptycznie w górę (!)
Kto dalej nie wierzy, niech podstawi większe liczby dla b1 i b2, lub pożyczy od znajomych instrument geodezyjny z mechaniczną regulacją poziomu a przekona się o słuszności teorii.

Jeśli te wszystkie dowody jeszcze nie przekonują... polecam wycieczkę nad Jezioro Bodeńskie i należy zabrać ze sobą teleobiektyw o ogniskowej minimum 400 mm, oraz wykonać kilka zdjęć przeciwnego brzegu, pomiędzy Friedrichshafen a Romanshorn.
W tym celu wskazane jest poziome ustawienie obiektywu i wykonanie paru zdjęć, podczas gdy na środku jeziora płynie prom. Dla przypomnienia, odległość pomiędzy nimi w prostej linii wynosi około 11 km. Według teorii Kopernikowskiej i prostolinijnym przebiegu promieni światła, zdjęcie tak wykonane powinno przedstawiać prom na środku jeziora, a na drugim brzegu widzieć powinniśmy czubki drzew oraz wyższe kondygnacje budynków. Zapewniam was, że tak nie jest! Zdjęcie tak wykonane będzie zawsze i za każdym razem przedstawiać prom na środku jeziora, a w połowie promu, powyżej burty, będziemy widzieć drugi brzeg. Odpowiednie pomiary promu wykazały różnice wysokości do 2,34 m między taflą jeziora a punktem widzianym na zdjęciach jako brzeg! Dostarczenie takich zdjęć do pewnych instytucji spowodowało wielkie zdumienie naukowców oraz drapanie się owych po głowach...

Dodatkowo dość ciekawe wyliczenie:

Połowa odległości pomiędzy Friedrichshafen a Romanshorn: b = 0,5 * 11 km = 5,5 km.
średni promień Ziemi: r = 6371 km
Szukana wysokość: h

h = (r - (r * cos(b / r))) * 1000
h = (6371 km - (6371 km * cos(5,5 km / 6371 km))) * 1000
h = 2,374 m !!!!

Brzmi to jak bajka ale to prawda, gdyż taką właśnie wysokość na łuku i na tej odległości ma nasza kochana Ziemia. Jest to dowód na wklęsłość Ziemi, którą naukowcy ignorują, a ci przekonani o słuszności teorii milczą z obawy przed ośmieszeniem się przed całym gronem naukowym i utraty pracy. Kto stoi za tym wszystkim, kto ma interes w okłamywaniu ludzkości? Przecież każdy laik mógł by tak proste pomiary i obliczenia wykonać, aby dowiedzieć się prawdy i otworzyć oczy wszystkim niedowiarkom. Jak długo jeszcze ta farsa musi trwać i dlaczego?

W roku 1901 w kopalni "Tamarack Mine" dwóch inżynierów wykonało pomiary odległości pomiędzy szybami kopalnianymi na powierzchni i pod ziemią, na głębokości 1295,4 metrów, przy pomocy pionów spuszczonych na tą głębokość. Odstęp pomiędzy szybami pod ziemią wynosił 975,360 m, a na powierzchni 974,964 m. Ze względu, że obaj nie znali teorii wewnętrznego kosmosu, przekonani o błędności swych pomiarów, powtarzali je wielokrotnie, ale już pod okiem profesora Mc. Nair’a, który jako wielki zwolennik teorii Kopernikowskiej musiał z ciężkim sercem i bezwarunkowo uznać te wyniki za prawdziwe!
Podobne pomiary zostały wykonane również w innych kopalniach, oraz na najwyższych mostach świata. Pomiary te zostały przeprowadzone już 100 lat temu i są powtarzane do dnia dzisiejszego. Za każdym razem wynik jest ten sam, Ziemia jest wklęsła a nie wypukła! A co na to nauka? No to już każdy wie. Pamiętam jeszcze ze szkoły, jak nam wciskano właśnie to, że odległości między szybami pod ziemią są zawsze mniejsze od tych na powierzchni, gdyż nasza planeta jest kulą a my żyjemy na jej powierzchni. Pomiary wykazują ale całkiem co innego.

Każdy słyszał z pewnością o pomiarach prędkości statków w węzłach przy pomocy tzw. logu, który pierwotnie miał postać wyskalowanej linki nawiniętej na kołowrót z drewnianym klockiem przymocowanym do jej końca. Pomiar dokonywał się poprzez wyrzucenie za rufę lub burtę klocka i pomiar czasu z jakim rozwinęła się linka.
Podobnie można postąpić przy pomiarze prędkości Ziemi, ale nie z przedmiotem wyrzucanym za burtę, lecz poprzez wyrzucenie „światła za nią”. Pomyślano, że jeśli Ziemia kręci się wokół Słońca, to prędkość jej można, przy pomocy specjalnych przyrządów, zmierzyć. W tym celu laureat nagrody Nobla profesor Allais wykonał bardzo dokładny optyczny przyrząd pomiarowy, który miał dokładnie wskazać prędkość kuli ziemskiej względem Słońca. Zmierzona prędkość wynosiła 0 km/h!
Podobnie ma się to do obrotu Ziemi wokół własnej osi. Profesor Barnet zbadał, że sztaba metalowa wprawiona w ruch obrotowy staje się magnetyczna, a więc doszedł do wniosku, że Ziemia, która naszpikowana jest różnymi cząsteczkami metalu, obracając się wokół własnej osi z prędkością 1670 km/h, wytworzyła by tak ogromne pole magnetyczne, że po krótkim czasie powinna się zatrzymać. A jednak tego nie czyni - nie czyni tego, gdyż się wokół własnej osi nie obraca, jak też nie obraca się wokół Słońca!

Jądro ziemskiej galaktyki i ruch Słońca względem Ziemi.

Praw grawitacji w matematycznym modelu kopernikowskim też nikt nie potrafi logiczne wytłumaczyć, tylko snute są jakieś bzdurne przypuszczenia, nie poparte żadnymi sensownymi faktami naukowymi lub dowodami, gdyż nie da się tego zjawiska według teorii kopernikowskiej logicznie wytłumaczyć, ale wg. teorii wewnętrznych galaktyk na pewno. Jedni twierdzą że to Ziemia nas przyciąga, zaś drudzy, że to jakaś nieznana siła z kosmosu dociska nas do Ziemi. Same przypuszczenia, żadnych dowodów! Wraz ze wzrostem odległości do Słońca nie maleje siła grawitacji. Zauważcie, że na dalszych orbitach od słońca znajdują się różnej wielkości planety a Słońce je przy sobie trzyma, i to nie na zasadzie powszechnego ciążenia, lecz na zasadzie segregacji według potencjału, bo za tymi większymi są podobno ponownie małe planety.

W układzie wewnętrznej galaktyki głównym źródłem grawitacji jest jej jądro, a nie Słońce. Centrum galaktyki obraca się wokół własnej osi, jak i Słońce wraz z planetami wokół centrum galaktyki - między innymi dlatego właśnie mamy dzień i noc. Możliwe jest, że i Ziemia się wokół własnej osi obraca, lecz z prędkością zbliżoną do jej jądra, ale na pewno nie z tak zwariowaną prędkością, jaką nam nauka przekazuje. No ale naukowcy muszą przecież w jakiś sposób wytłumaczyć nam 24-o godzinną dobę, gdyż jak wiemy obwód Ziemi na równiku wynosi około 40tys km i gdy ją podzielimy przez 24 godziny otrzymamy prędkość około 1667 km/h. Niech mi więc ktoś sensownie wytłumaczy, co w takim przypadku dzieje się z silą odśrodkową? Znika, nie ma jej po prostu, gdyż fizyka wymyśliła sobie tak, że ona się równoważy! Jaka siła musiała by przy takiej prędkości przyciągać wzg. dociskać nas do Ziemi, aby tak ogromne siły zrównoważyły się? O niewyobrażalnych przeciążeniach już nie wspomnę.
Na dzień dzisiejszy istnieją już alternatywne teorie przyciskania przez siły grawitacyjne z kosmosu, które od tysięcy lat są podstawą teorii wewnętrznej galaktyki, głoszonej np. przez Sumerów i wiele innych starożytnych cywilizacji. O tym, że starożytne cywilizacje posiadały niesamowitą wiedzę astronomiczną nie muszę chyba nikomu przypominać i udowadniać.

Według Helmholtza energia lub siła nie może być ani wyprodukowana, jak też nie może być zniszczona. Energię i siłę można tylko przetworzyć z jednej formy na drugą. Tak można np. energię potencjalną przetworzyć na energię kinetyczną lub cieplną, co jest o wiele bardziej skomplikowane jak by się wydawało. Mówiąc inaczej, siłę poznajemy po tym, że ciało tej sile poddane zaczyna zmieniać swoją prędkość (bo przyspieszenie jest miarą zmiany prędkości). Im większa siła działa, tym szybciej zmienia się prędkość. Np. duża siła w krótkim czasie rozpędza ciężki obiekt do dużych prędkości. Duża siła może też szybciej zatrzymać wielki rozpędzony obiekt.
W kopernikowskim modelu wszechświata nasuwa się natychmiast pewna nieścisłość, a jest nią siła zwana grawitacją. Gdyż jak wiemy, zjawisko grawitacji jest spoiwem Wszechświata - jest podstawową siłą działającą pomiędzy dużymi ciałami - w szczególności ciałami niebieskimi. Jest siłą powszechną, obecną w dowolnym zakątku kosmosu. Wartość siły przyciągania grawitacyjnego działającej między dwoma ciałami jest wprost proporcjonalna do iloczynu mas oddziałujących ciał i odwrotnie proporcjonalna do kwadratu odległości między ich środkami. Tylko, że siła ta musi bez przerwy wykonywać jakąś pracę, i to bez jakiegokolwiek wpływu czynników zewnętrznych, co koliduje w każdym punkcie z regułą Helmholtza. Już Isaac Newton znał tą niezgodność, której sam nie potrafił wytłumaczyć. Wyraził się w ten sposób, że to był Oddech Boski, który wprawił wszystkie planety w ruch. W szkołach nie mówi się o tym jasno, tylko to, że siła ta po prostu jest, jest zawsze stała, nie zmienia się i że nikt nie wie skąd ona się bierze, o wymyśleniu grawitonów już nie wspomnę - i tu jest właśnie jedna wielka niezgodność.

Kwestia rozmiarów kosmosu i odległości `międzygalaktycznych' liczonych w miliardach lat świetlnych: Wraz z wysokością (odległością od powierzchni Ziemi) maleją odległości i prawdopodobnie wszystkie wymiary zewnętrzne wszystkich ciał, tak, że zbliżając się do środka tego naszego "wszechświata" statek kosmiczny, którym polecimy będzie coraz mniejszy i odległość jaką będzie pokonywać w jednostce czasu lecąc z tą samą prędkością, także. Przypomina to dość mocno jakąś osobliwą wersję Teorii Względności, gdzie jak wiadomo nie jest możliwe osiągnięcie prędkości światła, gdyż w miarę zbliżania się do tej prędkości maleją wszystkie wymiary poruszającego się ciała i jego odległości do innych ciał, tak aby nie było ono w stanie osiągnąć prędkości światła. Dodatkowo zmianie ulega także upływ czasu dla tego ciała. Z matematycznego punktu widzenia będzie to pewnie jakiś ciąg zbieżny do granicy (w szczególności do zera) gdzie jeden metr na powierzchni Ziemi pozostaje jednym metrem, jednak ten sam rzeczywisty jeden metr w pobliżu środka Ziemi my już możemy obserwować jako miliard lat świetlnych. Co oznaczało by, że czym bliżej jądra galaktyki prędkość odpowiednio maleje, a przy samym jądrze równa się zeru - co spowodowane jest ogromnym odpychaniem grawitacyjnym jądra. Z tego właśnie powodu dotarcie do jądra galaktyki staje się absolutnie niemożliwe! Natomiast powierzchnia naszej Ziemi jest prawie nieruchoma względem jądra Ziemi, gdzie skorupa ziemska nie posiada własnej siły grawitacyjnej - ale o tym później. Cała tajemnica modelu wewnętrznego kosmosu bazuje na pojęciu transformacji przestrzeni. Wszystkie punkty na zewnątrz Ziemi przenośmy do jej środka, gdzie wszystkie wielkości odpowiednio maleją, a w samym centrum Ziemi tworzą jej jądro. Na tej samej zasadzie następuje transformacja wszelkich możliwych praw fizyki do wnętrza galaktyki Ziemskiej. I tak oto nierealny wszechświat oraz niewyobrażalne odległości i przestrzenie, stworzone przy pomocy matematyki i astronomii, przekształcają się w realny świat wewnętrznej galaktyki, tylko poprzez dodanie malutkiego, niewinnego minusika przed wynikiem działania matematycznego, którego przez nieuwagę lub nieroztropność nie postawiono paręset lat temu.

Kwestia niemożliwości zobaczenia drugiej strony Ziemi, wklęsłej kulistości Ziemi, zachodów Słońca, dnia i nocy: Wszystko to tłumaczy w tej teorii postulat o jakimś parabolicznym zakrzywianiu się światła zawsze w stronę środka Ziemi (do góry). Oznacza to, że Słońce krążąc w pewnej odległości od powierzchni Ziemi, wokół środka Ziemi, powinno być widoczne zawsze (choć pod różnym kątem) i nigdy nie powinno być nocy. Tak jednak nie jest, bo jakkolwiek w południe, gdy jest ono wprost nad naszą głową, wszystko jest normalnie, to już rano i wieczorem Słońce widać znacznie niżej, niż być powinno, przy ziemi, dlatego, że światło od niego nie leci do nas w linii prostej, tylko skręca w górę. Oznacza to, że wtedy światło, które wyszło ze Słońca dokładnie w naszą stronę, nie jest już w stanie do nas dotrzeć, bo skręciło w kosmos ponad nami. Natomiast to światło, które do nas dociera, wyszło ze Słońca w kierunku obszaru ziemi dużo dalszego od nas, a bliższego od Słońca, ale skręciło nad ziemią tak, że dociera do nas poziomo, przez co my właśnie widzimy Słońce przy horyzoncie. To poziome światło też biegnąc dalej skręca w kosmos i później przestajemy już widzieć Słońce, bo to światło, które trafiało do nas poziomo było chyba już teraz z przyczyn oczywistych ostatnie, jakie mogliśmy zobaczyć.
Pory roku powstają, gdyż słońce wraz planetami nie poruszają się po stałej orbicie, lecz po orbitach spiralnych, w górę i w dół. Możliwe jest również to, że to nie Słonce, lecz oś Ziemi względem jądra galaktyki zmienia swe położenie.

O wiele bardziej zastanawiający jest fakt tzw. załamywania, odbijania, pochłaniania i polaryzacji fal radiowych w jonosferze, która jak wiemy, zwykłe fale radiowe dość skutecznie zatrzymuje. Gdyby jednak taka fala przedostała by się jakimś cudem przez nią, to powinna ona rozproszyć się gdzieś w przestrzeni kosmicznej, ale tak nie jest! Gdyby jednak już przeszła jakoś przez jonosferę, odbiła się od czegoś w próżni, to w drodze powrotnej powinna się ponownie odbić od niej i polecieć z powrotem w kosmos a nie na Ziemie. Fale radiowe powracają zawsze na Ziemie w przeróżnych odstępach czasowych (średnio 8/10 sek) jako tzw. echa radiowe. Fakt ich istnienia udowadniał wielokrotnie profesor Stoemer już w 1927 roku, o czym poinformował świat naukowy, który po odpowiednich eksperymentach fakt ten w 100% potwierdził. Podejrzewano nawet, że w naszym układzie słonecznym już od 12,5 tys lat krążą dwie ogromne sztuczne satelity, które były pozostałością po wymarłych wysoko rozwiniętych cywilizacjach ziemskich, i to od nich miały się te fale odbijać...

Parę nieznanych faktów, o których warto wiedzieć:
Kto śledził pilnie wyprawy sond kosmicznych na Marsa, ten z pewnością dobrze pamięta, że Mars został przez nie wielokrotnie okrążony, ale nie wykonano absolutnie żadnych pomiarów jego wielkości, co by w końcu wiele nieścisłości mogło wyjaśnić. Dlaczego wydaje się grube miliardy, ale nikomu nie przyjdzie na myśl wykonania przy okazji dokładnych pomiarów Marsa? Na odpowiednie zapytania przesłane do NASA, odpowiadano, iż wymiary Marsa są już powszechnie znane i nie istnieje taka potrzeba. Przecież to jest nieodpowiedzialne i niewybaczalny błąd!
Zdjęcia Marsa wykonywane przez sondy NASA wykazywały wiele nieścisłości, jeśli chodzi o proporcje Marsa do Słońca.
Poza tym, badania Księżyca wykazały, że góry na Księżycu, które podobno miały mieć wysokość do 2000 m, w rzeczywistości są małymi kopami pyłu księżycowego i meteorytów! Podobnie jest z kraterami na Księżycu, proporcje się absolutnie nie zgadzają - nic a nic! Dlaczego wiec NASA nie zrobi w końcu dokładnych pomiarów wielkości Księżyca i Marsa?
Z filmu satelitarnego 24 godzinnego wykonanego w latach 60 przez NASA, wynikało, że ruch planet jak by był odwrotny od tego, który my z Ziemi odbieramy, a Słońce poruszało się po jakieś dziwnej orbicie. Filmu ten został parę lat temu wyemitowany w telewizji niemieckiej. Nikt z naukowców nie potrafił jasno wyjaśnić przyczyn tych zjawisk. Podczas całkowitego zaćmienia Księżyca przez ziemie, satelita NASA zrobiła ujęcia, na których widoczne było bardzo wyraźnie, że Księżyc jest jasno oświetlony! Jak to? Przecież Ziemia całkowicie zasłoniła Słonce! Skąd więc to światło, UFO oświetliło Księżyc?

Zdaję sobie sprawę, że po tym co już powiedziałem i powiem dalej - współcześni luminarze nauki okrzykną mnie nieukiem, dyletantem a nawet szarlatanem. Ale pomimo tego będę trwał w swoim przekonaniu opartym na wieloletnich obserwacjach wielkich naukowców, analizie ich prac i własnej intuicji, i że współczesna nauka świadomie fałszuje rzeczywistość tak skutecznie, że nawet ja we wszystkie te bzdury przez wiele lat wierzyłem ! Na szczęście istnieje wystarczająco spora grupa profesorów, astrofizyków i wielu innych wysoko wykształconych i światłych ludzi, którzy szukają nieustannie prawdy i pewnego dnia ją ujawnią.

Wiem, że zaraz posypią się na mnie gromy z jasnego nieba, dlatego proszę krytykujących i komentujących o użycie rzeczowych, konstruktywnych argumentów, oraz obiektywne spojrzenie na tą teorię, a nie bezsensowne obrażanie mnie, tylko dlatego, że głoszę teorię niezgodną z tą, którą wam nauczyciele w szkołach przekazali. Zajmowanie stanowiska, że to musi tak być i koniec, gdyż wszyscy tak mówią, a kto inaczej myśli temu w łeb i ogólny śmiech na sali, jest tylko dowodem konformizmu i niezdolności do samomyślenia. Ja nikogo nie zmuszam do wierzenia w tą teorię, czego nie można powiedzieć o współczesnej nauce, a próby przekazania moich doświadczeń innym mają charakter czysto informacyjny. Zaznaczam, że materiał zebrany przeze mnie i zawarte w nim informacje nie powinny służyć za oficjalną naukę, oraz za ogólnie przyjęty model wszechświata, lecz dać czytelnikowi możliwość innego spojrzenia na wpajane nam od dziecka niektóre "prawdy".
Wielu powie: przecież to fantazja. Na razie pisałem tylko o faktach... fantazji, w obliczu tego co jeszcze odkryjemy, może nam wszystkim zabraknąć. Aby teorię tą chcieć zrozumieć trzeba odrzucić wiele schematów przez wieki nam narzucanych. Jest sporo rzeczy niewyjaśnionych, ale nie wolno nam zapomnieć o tym, że świat popychali do przodu nie ci którzy jechali na schematach, a stawiający bardzo odważne tezy Newton, Einstein, którzy za swe bzdury często uważani byli za szarlatanów, głupców i fantastów.

Rolf Kepler

Kończąc chciałbym podziękować wszystkim, którzy dotarli do tego miejsca w tekście a także oznajmić, że wszystkie znane nam do dziś modele Wszechświata mają charakter czasowo bliżej nieokreślony oraz czysto subiektywny a definicje ich są tak niepewne, jak każda nauka stworzona przez jakże niedoskonałe umysły ludzkie. Dlatego owe naukowe modele postrzegać należy nie jako rzeczywistość samą w sobie, lecz jako modele mogące w postrzeganiu jej być pomocne.

Więcej na temat teorii wewnętrznego wszechświata na stronie Rolfa Keplera oraz na stronach:

http://www.innenweltkosmos.de
http://www.weltbildfrage.de
http://www.langw.de

sobota, 7 marzec 2009

Teoria superstrun! cz. I

Temat superstrun interesuje mnie od 13 lat. Zetknąłem się z tą teorią przy okazji lektury książki, profesora fizyki teoretycznej na City University w Nowym Jorku - Michio Kaku, pod tytułem „Hiperprzestrzeń. Naukowa podróż przez wszechświaty równoległe, pętle czasowe i dziesiąty wymiar”, którego polskie wydanie ukazało się w 1995 roku. W fizyce są różne teorie, które się sprawdzają doświadczalnie w danej wąskiej dziedzinie nauki, ale pewne dziedziny w fizyce udało się połączyć w spójną matematyczną całość, a inne nie. Największym problemem do rozwiązania był problem skonstruowania prawdziwej, ścisłej kwantowej teorii grawitacji – unifikacji teorii kwantowej i ogólnej teorii względności Alberta Einsteina. Problem ten prześladował największe umysły XX wieku, łącznie z Albertem Einsteinem. Mimo licznych prób i częściowych sukcesów ciągle jeszcze nie ma ostatecznej kwantowej teorii grawitacji.
Wszystkie zdroworozsądkowe propozycje teorii wszystkiego okazały się matematycznie niespójne. Zmuszeni jesteśmy obecnie pójść dalej, by stworzyć wyższą teorię, która połączy w spójną całość zarówno ogólną teorię względności, jak i teorię kwantową. Obecnie jedyną kandydatką na teorię wszystkiego jest teoria superstrun.
Albert Einstein zadał kiedyś pytanie: Czy Bóg tworząc Wszechświat miał jakiś wybór? Wygląda na to, że nie. Zasady ogólnej teorii względności i teorii kwantowej są sobie tak obce, że jakakolwiek teoria łącząca je w spójną całość musi nie tylko mieć olbrzymią moc, ale musi również być bardzo dobrze określona. Teoria wszystkiego musi odtwarzać teorię grawitacji Einsteina na dużych odległościach, a kwantową teorię cząstek na małych, i poza tym powinna być (jak sądzi większość fizyków) pojęciowo prosta. Te warunki narzucają tak duże ograniczenia, że możliwe, iż istnieje tylko jedno rozwiązanie tego problemu.
Zacznijmy wszystko od początku: był rok 1968! Gabriele Veneziano badając silne oddziaływania jądrowe zauważył, że tak zwana funkcja beta, odkryta przez wybitnego matematyka – Eulera, 200 lat wcześniej, doskonale opisuje właściwości cząstek w silnych oddziaływaniach jądrowych. Wszyscy dziwili się dlaczego opis ten w 100% się sprawdza? Próbowano wyjaśnić tą zbieżność – wyobrażając sobie, że cząstki nie są punktami, lecz nitkami wibrującymi, czyli strunami. Dalszy los teorii strun był mocno zagrożony przez trudności, które napotkała na swej drodze, które rozwiązała inna teoria, zwana chromodynamiką kwantową. W zasadzie chromodynamika kwantowa spowodowała czasowe odejście od teorii strun, ale w 1974 roku John Schwarz i Joel Scherk zauważyli, że to co w teorii strun nie pasowało do oddziaływań jądrowych, doskonale nadawało się do oddziaływań grawitacyjnych. Początkowo pomysł ten nie cieszył się wielkim zaufaniem fizyków, ale 10 lat później Michael Green i John Schwarz zauważyli, że teoria strun ma szanse połączyć wszystkie 4 główne siły w fizyce: elektromagnetyzm, grawitację, siły jądrowe słabe i silne.

Teoria strun postuluje, że wszystkie cząstki, jakie obserwujemy we Wszechświecie, łącznie z atomami naszych ciał, składają się z małych wibrujących strun. Rezonanse, czyli "dźwięki" tych strun, tworzą menażerię cząstek elementarnych (fermiony – takie jak elektron, czy kwark i bozony – np. foton i gluon). Wszechświat jest symfonią drgających strun, a zasady harmonii są znanymi nam prawami fizyki. Chcąc zunifikować fizykę odkryto w latach 70-tych matematyczne transformacje przekształcające bozony w fermiony i fermiony w bozony. Owe przekształcenia nazwano supersymetrią. Wkrótce później odkryto inną arcyciekawą własność supersymetrii, która zawiera w sobie coś, co jest bardzo podobne do ogólnej teorii względności Alberta Einsteina – z tego czegoś powstała teoria supergrawitacji. Początkowo przez to teoria strun zawisła w niebycie na jakiś czas, ale wkrótce znowu zaświtała nadzieja: do teorii strun można było włączyć supersymetrię. Jak widzimy losy teorii strun były w historii niezwykle burzliwe i dramatyczne i na tym się nie kończą. To połączenie teorii strun i supersymetrii dało początek nowej teorii - zwanej od roku 1981 – teorią superstrun. I tak jest również w chwili obecnej, po małych sukcesach teorii superstrun przychodzą niestety kolejne kryzysy, a po nich nowe nadzieje i tak w kółko...
Pewnym rozwiązaniem kolejnych problemów okazało się wprowadzenie nowych elementów wzbogacających teorię o nowe bardziej zaawansowane struktury. Trzeba było wzbogacić tą teorię o dodatkowe wymiary przestrzeni.
Kiedyś myślałem, że jest tylko jedna teoria superstrun, okazało się niedawno, że jest tych teorii superstrun aż pięć. Wszystkich 5 teorii superstrun jest bardzo podobnych do siebie i właściwie jeszcze jedna teoria zwana M-teorią spaja pozostałe 5 w jedną całość. Wszystkie 5 teorii zakłada istnienie 10 wymiarów: 3 zewnętrznych – przestrzennych i 6 wewnętrznych – zwiniętych do środka, czyli w drugą stronę + czas. M-teoria wymaga dodatkowego wymiaru przestrzennego w stosunku do pozostałych 5 teorii.
Szczególną cechą teorii superstrun jest to, że mikroskopijne struny (około 100 miliardów miliardów razy mniejsze od protonu) mogą drgać tylko w dziesięciowymiarowej czasoprzestrzeni.

Mistycy, filozofowie i autorzy literatury fantastycznonaukowej zawsze fascynowali się wyższymi wymiarami. Teraz jednak mamy matematyczne powody, aby wierzyć w dziesięciowymiarową czasoprzestrzeń, ponieważ tylko we wszechświecie o takiej liczbie wymiarów jest wystarczająco dużo miejsca, aby pomieścić zarówno teorię kwantową, jak i teorię Einsteina. (Jeśli zapiszemy teorię superstrun, powiedzmy, w 12 lub 13 wymiarach, staje się ona matematycznie niespójna. Wszechświat, który początkowo miałby taką liczbę wymiarów, byłby niestabilny i zredukowałby się do wszechświata dziesięciowymiarowego).
W ten sposób narodził się nowy, zaskakujący obraz kosmologii kwantowej. Dziesięciowymiarowe pęcherzyki-wszechświaty są niestabilne. Nasz pęcherzyk wkrótce po powstaniu podzielił się na dwie części: cztero- i sześciowymiarowy wszechświat. Wszechświat sześciowymiarowy zapadł się i te wymiary uległy takiemu skręceniu (są 10 bilionów bilionów razy mniejsze od atomu), że nie możemy ich zobaczyć. Jednak zapadnięcie się sześciowymiarowego wszechświata umożliwiło ekspansję naszego czterowymiarowego Wszechświata, dając w efekcie rozszerzający się kosmos, który obserwujemy dzisiaj. Jest on produktem ubocznym o wiele bardziej gwałtownego zdarzenia, jakim było rozbicie dziesięciowymiarowej czasoprzestrzeni.
Oznacza to również, że inne pęcherzyki mogą rozpadać się na 5, 6, 7, 8 lub 9 wymiarów. Można jednak wykazać, że w takich pęcherzykach nie pojawiło się życie. Fizyka mówi nam, że stabilne układy gwiazdowe, atomy i protony mogą istnieć tylko w czterowymiarowym wszechświecie. Nasz Wszechświat ma prawdopodobnie cztery wymiary dlatego, że w przeciwnym razie w ogóle by nas tu nie było i nie moglibyśmy zastanawiać się nad tym problemem.

Tematem, który mnie osobiście najbardziej zainteresował przy okazji teorii superstrun były superliczby, które odkryto w ostatnich latach. Mają szczególną własność, ich mnożenie zmienia znak. Czyli, jeżeli mamy liczby a i b, które należą do zbioru superliczb, to prawdziwe są następujące równania:
a x b = - a x b
a x a = - a x a
Jako ciekawostkę dodam, że owe przekształcenia matematyczne są wykorzystywane przez fizyków teoretyków do uproszczeń tasiemcowych wzorów w teorii superstrun. Jest to bardzo zaawansowana teoria współczesnej fizyki, mająca dzisiaj pośrednie dowody naukowe na swoją prawdziwość i wielu zwolenników, ze względu na tendencję do unifikacji wszystkich sił w fizyce w jedną spójną teorię.
Liczby urojone powstały w matematyce tylko dlatego, że w liczbach rzeczywistych było zabronione pierwiastkowanie liczby -1. Z superliczbami jest odwrotnie, to znaczy upraszczają się do liczb rzeczywistych, ale mają dodatkową własność, którą wykazałem powyżej we wzorach. Wygląda to dziwnie! Akurat mnożenie wpływa na zmianę znaku. Ciekawe! Dlaczego? Spróbujmy potraktować superliczby jako liczby urojone, tylko trochę zmodyfikowane:














Jak widzimy nowa matematyka superliczb wymaga przekroczenia kolejnego zakazu właściwego dla liczb rzeczywistych, czyli logarytmowania liczby -1. Jest to zrozumiałe, gdy przyjmie się, że superliczby są takimi liczbami urojonymi w drugą stronę, które upraszczają się do postaci rzeczywistej.


PONIŻEJ LEKTURA UZUPEŁNIAJĄCA:
http://www.wiw.pl/biblioteka/piekno_greene/01.asp

C. D. N.

wtorek, 3 marzec 2009

Zapraszam na Misterium!!!

Bardzo serdecznie witam.
Jak co roku, tak też teraz, odbędzie się Misterium Męki Pańskiej na Poznańskiej Cytadeli w Wigilię Niedzieli Palmowej, na tydzień przed Wielkanocą. Misterium rozpocznie się o godzinie 20:00 na Placu pod Dzwonem Pokoju. Zawsze staramy się wprowadzać nowe pomysły, rzeczy, które z natury rzeczy zwykle zaskakują przeciętnego widza i dzięki temu Misterium jest wciąż żywe i wywołuje emocje, i to silne emocje. Sprzed dwóch lat zamieściłem zdjęcie przedstawiające naszego Papieża Jana Pawła II z przedstawienia i ku mojemu zdziwieniu w rankingu jest ono nawet na wysokiej pozycji. Wiele osób widziało to zdjęcie i nikt na początku nie chciał wierzyć, że to mój kolega, przebrany za Papieża, idzie na podwyższeniu. To zdjęcie świadczy w dużym stopniu o naszym zaangażowaniu w to wszystko co tworzymy. Kliknij poniższy link:

mojpapiez.pl/zdjecie/nr/1223/misterium_meki_panskiej.html

Pozdrawiam i zapraszam 4-ego kwietnia do Poznania

czwartek, 5 luty 2009

Welkome bek! :)

Na rozruszanie ;)


Pozdrawiam wszystkich!

piątek, 26 grudzień 2008

Życzenia dla wszystkich!!!

Najserdeczniejsze życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku 2009!

Drogi Internauto, Droga Internautko...

Moc życzeń na Święta Bożej Mocy,

Rozpalonej Nocy,

Gdzie Gwiazdka z Nieba Nam dana, drogę Królom-Magom ze Wschodu wskazała

I Moc Najwyższego Nam okazała,

W małym Dzieciątku,

W żłóbku, na sianku, w zakątku.

Niech radość Bożej Dzieciny

Zawita i w Nasze, wszystkie życia dziedziny,

Niech zagości na czas stały,

Na przyszły Nowy Rok 2009 - cały.

A Moc truchleje

I niech zdroje Łask Nam leje,

Abyśmy byli dobrzy i zdrowi,

A Panu Bogu zawsze gotowi.

Ogień krzepnie, blask ciemnieje,

A świat cały niech Nam weselem dnieje,

Ma granice Nieskończony,

Ratujący ludzkich dusz miliony.

Hej Kolęda! Kolęda!

W tym dniu, kiedy Chrystus rodzi się w Nas, dawniej w bardziej zewnętrznym wymiarze, a dziś bardziej w wewnętrznym wymiarze, niech to co jest w Nas, w Naszym ludzkim wymiarze, zatrzyma się i spojrzy w wymiar duchowy, niech spojrzy w głąb, szczególnie w religijnym aspekcie, aby przeniknąć wszystkie hierarchie niebieskie: SERAFINÓW, CHERUBINÓW, PANOWAŃ, TRONÓW, POTĘG, MOCY, DUCHÓW ARCHAI, ARCHANIOŁÓW I ANIOŁÓW i zrozumieć, że więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu.

środa, 10 grudzień 2008

13 maja 1981 r.

Zamach na Jana Pawła II


W dniu 13 maja 1981, podczas audiencji generalnej na Placu św. Piotra w Rzymie o godzinie 17:19, Jan Paweł II został postrzelony przez tureckiego zamachowca Mehmeta Ali Agcę w brzuch oraz rękę. Jak ustalili śledczy, chwilę wcześniej Ali Ağca mierzył w jego głowę. Jan Paweł II schylił się wtedy do małej dziewczynki (Sara Bartoli) i wziął ją na ręce. Zamachowiec prawdopodobnie nie chciał postrzelić dziecka i opóźnił oddanie strzału, co uniemożliwiło mu dokładne wycelowanie. Ranny Papież osunął się w ramiona stojącego za nim sekretarza Dziwisza. Ochrona przewiozła Jana Pawła II do kliniki Gemelli.
Kard. Tarcisio Bertone SDB jest Sekretarzem Stanu Stolicy Apostolskiej. Rozmawiałem z nim w roku 2000 na temat kulis dotyczących wydarzeń po zamachu i udało mi się z tej rozmowy wyszczególnić kilka faktów i co się okazało:
- po przywiezieniu Jana Pawła II do kliniki Gemelli lekarze stwierdzili ustanie funkcji życiowych Papieża i podjęli próbę Jego reanimacji
- Kard. Bertone przybył do kliniki Gemelli na miejsce, gdzie znajdował się Papież i postanowił towarzyszyć Janowi Pawłowi II w klinice, w Jego ostatniej drodze, z racji funkcji, które sprawował
- po nieskutecznych próbach przywrócenia Papieża do życia, lekarze odstąpili od dalszych czynności przekazując do Kard. Bertone informację o zgonie Papieża
- Kard. Bertone widział dokładnie twarz Papieża, która była zupełnie blada, zupełnie jak twarz nieboszczyka
- Jan Paweł II umarł tego dnia według Kard. Bertone, a lekarze z kliniki Gemelli jednoznacznie to stwierdzili
- Kard. Bertone był w klinice Gemelli na miejscu i w tej nowej sytuacji miał za zadanie wyjść do mediów, aby przygotować oświadczenie w sprawie oficjalnego komunikatu o śmierci Jana Pawła II
- w tym momencie twarz Papieża zrobiła się zupełnie różowa, jak u zdrowego, żyjącego człowieka i wróciły samoczynnie najważniejsze funkcje życiowe, Papież wrócił do życia, tak jakby wcześniejsze zdarzenie w ogóle nie miało miejsca
- te fakty nie są znane mediom i nikt o nich nie wie, zna je tylko małe grono osób, które uwierzyły w prawdziwość relacji naocznych świadków i nie przekazują tych rewelacji, bo i tak nikt w nie nie uwierzy, bo to był prawdziwy cud!


Później poddano Papieża sześciogodzinnej operacji. Do pełni zdrowia jednak nigdy nie wrócił. Papież wierzył, że swoje ocalenie nie zawdzięczał tylko szczęściu. Wyraził to słowami: Jedna ręka strzelała, a inna kierowała kulę. Tą Istotą duchową, która kierowała kulę w sposób cudowny, kula przemieszczała się w ciele Papieża przechodząc przez kawałek jelita i omijając wszystkie organy życiowe, była Maryja – Matka Boża, jak wierzył Papież. Podwójny cud!
Wierni dostrzegli pewien związek. Zamach miał miejsce 13 maja, podobnie jak pierwsze objawienie Matki Boskiej w Fátimie w roku 1917. Jan Paweł II spędził na rehabilitacji w szpitalu 22 dni. Potem wielokrotnie cierpiał z powodu różnorodnych dolegliwości będących następstwem postrzału. Papież nigdy nie ukrywał swoich niedomagań przed wiernymi, ukazując wszystkim oblicze zwykłego człowieka poddanego cierpieniu.
Amerykański dziennikarz John O. Koehler dotarł do dokumentów, które pokazują, jak Moskwa zwalczała Jana Pawła II. Ujawnia tekst rozkazu, który poleca „wykorzystać wszystkie dostępne możliwości” przeciwko polskiemu papieżowi. Rozkaz Komitetu Centralnego KPZR z 1979 roku, nakazujący KGB "wykorzystanie wszelkich dostępnych możliwości, miał zapobiec nowemu kierunkowi w polityce, zapoczątkowanemu przez polskiego Papieża, a w razie konieczności – sięgnąć po środki wykraczające poza dezinformację i dyskredytację". Pod rozkazem podpisali się: Michaił Gorbaczow, Michaił Susłow oraz inni członkowie KC – Andriej Kirylenko, Konstantin Czernienko, Konstantin Rusakow, Władimir Ponomariew, Iwan Kapitonow, Michaił Zimianin i Władimir Dołgich. Dokument ten był szeroko analizowany w 2008 roku przez amerykańskiego dziennikarza Johna O. Kohlera.
W marcu 2006 komisja śledcza włoskiego parlamentu powołana dla ustalenia odpowiedzialności obywateli włoskich podejrzanych o współpracę z KGB, ustaliła bezsprzecznie, że rozkaz zabicia Papieża wydał osobiście I sekretarz KC KPZR Leonid Breżniew, a zatwierdziło Biuro Polityczne m. in. Michaił Gorbaczow. Ali Agca działał na zlecenie bułgarskiej służby bezpieczeństwa, której działania miało inspirować radzieckie KGB. Badania archiwów ujawniły, że istniała szansa na udaremnienie zamachu. Niestety sygnały ostrzegawcze przekazane przez amerykańską CIA zostały zlekceważone. Po zamachu otoczenie Papieża wprowadziło specjalne środki bezpieczeństwa (m. in. papamobile został odpowiednio opancerzony).
Rok po zamachu Papież udał się do Fátimy, chcąc złożyć Matce Boskiej hołd i podziękowanie za to, że ta według niego ocaliła mu życie. 13 maja 1982, podczas nabożeństwa, niezrównoważony hiszpański ksiądz ugodził go lekko nożem. Ochrona papieża szybko go obezwładniła, a papież dokończył nabożeństwo pomimo krwawienia. Wydarzenie to nie było upublicznione aż do roku 2008, kiedy do kin trafił film Świadectwo.
2 lutego 1983 funkcjonariusze SB, pracownicy grupy "D" podjęli próbę skompromitowania Jana Pawła II przed jego II Podróżą Apostolską do Polski, podrzucając do mieszkania redaktora Tygodnika Powszechnego ks. Andrzeja Bardeckiego spreparowany pamiętnik Ireny Kinaszewskiej, znajomej Wojtyły.

sobota, 22 listopad 2008

Interfejsowy śmietnik

Piszę te słowa po "przypadkowym" formacie karty w telefonie i mozolnym dorabianiu całego softu. NIECH ICH wszystkich dziad mróz zabierze w ciemny mroczny las!!
Tyle lat minęło a my ciągle do tyłu- nie uważam się za jakiegoś zgreda elektronicznego ale jak mam przebijać się przez moją pamięć jak to w danym systemie/telefonie/pockecie/innym pierdolniku nazwał programista, przetłumaczył ktoś inny, umieściła w katalogu/menu/pasku trzecia osoba z szóstą to mi się wszystkiego odechciewa! Chamstwo zatwardziałe - zgubcie instrukcje od dvd jakiegoś gównianego to po 3 latach upgrade firmware pójdzie jak z ręki.."wduś to, przytrzymaj przez x tego i pamiętaj aby w tym samym czasie..." SZALEŃSTWO. Teraz na lotnisku bawiłem sie PS3 (tam nic że po francusku dziad chodził) kolejny gówniany interfejs, kolejna próba czegoś - wwwwrrrr. LUDZIE opanujcie się :) CS4 kolejne zmiany w interfejsie, tablet mi nie działa.
Te zabawy są dobre jak się ma 13-17 lat i kupę czasu na naukę kolejnych udziwnień, człowiek wraz z wiekiem chciałby narzędzia, jak do pracy to do pracy jak do zabawy to do zabawy, jak do zabawy to się wciska PLAY i grasz... ot filozofia.